Wyszukaj zawartość, posty, informacje

Spakowaliśmy wszystkie rzeczy do czarnej Toyoty przed domem naszego znajomego w Reno. W czerwonym kubku do beer ponga wymieszany banan z mlekiem, jakimiś proteinami i lodem. Smakuje dobrze ale czy na tym zajadę daleko nie jestem pewien. W Wallmarcie kupujemy jedzenie. Wszystko low budget. 2kg mieszanki orzeszków, m&m’sów, rodzynek za 4 dolary, nie wyobrażam sobie lepszego dealu żeby zapchać się w trasie lub po śniadaniu. Znowu porywamy się z motyką na słońce, znowu chyba wybraliśmy za dużą trasę na za mało czasu ale tak bardzo tego chcieliśmy, tak bardzo ja tam chciałem jechać… W Reno jedynie 3,95$ za galon.

Z Volcanic National Park dzieliło nas tylko parę godzin za kółkiem. Na miejscu tak na prawdę nic nas nie urzeka, wybraliśmy się zobaczyć bulgocącą wodę i poczuć smród siarki w nozdrzach. Reszta bez rewelacji, za dużo tego samego, stwierdziliśmy że nie ma sensu zostawać tam na noc, wciąż jest dość wcześnie więc zaplanowaliśmy dojechać do wybrzeża. Stęskniliśmy się za oceanem, za zapachem kalifornijskiego wybrzeża, za szumem fal, za tym za co wszyscy tak bardzo kochają ten stan.

Nasza toyota sunie drogą 299, wszędzie ciemno, zapach plantacji weedu nie opuszcza nas na dłużej niż 5 minut, okres koszenia rozpoczęty, hippisi, uliczne trumpy, ludzie drogi wszyscy prą na północ w jednym celu. Żałowaliśmy, że nie przejechaliśmy tej drogi w dzień, bywa, coś za coś. Dwie godziny później w okolicach Big Lagoon rozbijamy namiot. Lepkie powietrze jak na wschodnim wybrzeżu. Szum fal i widok na ocean do tego gwieździsta noc. Dotarliśmy…

Więcej w MAYER Magazine No 3
 

Images © Marek Ogień